Infolinia Kredyty.net

 

0 801 08 08 11

 

(0,29 zł/min + VAT)


   Czy można dzisiaj zarobić?

     MultiFormularz
     Kalkulatory

     Znajdź bank lub pośrednika
     Zadaj pytanie doradcy

     Co warto wiedzieć o BIK?
     Sprawdź historię kredytową

     Poradnik
     Słownik
     Formularze
     Przydatne Linki

     Legislacja
      -  Projekty
      -  Akty prawne
      -  Postulaty i stanowiska

     Opracowania
      -  Zagadnienia prawne
      -  Analizy kredytowe
      -  Rynek nieruchomości
      -  Wycena nieruchomości
      -  Rynek kapitałowy
      -  Rynek europejski
      -  Makroekonomia

     Seminaria i szkolenia
      -  Planowane
      -  Zorganizowane


     Kursy Walut
     Stopy Procentowe
     Artykuły
     Wydarzenia
     Dziennik.pl


     O Firmie
     O Portalu
     Nasi Partnerzy
     Praca
     Reklama
     Kontakt
     Mapa Serwisu
     Startuj z Kredyty.net



Archiwum artykułów
Czy można dzisiaj zarobić? [2008-01-27 18:55:00]
Jeden z najznakomitszych ekonomistów świata David Ricardo w wieku dwudziestu jeden lat zakochał się. Niestety, jego przyszła żona nie była Żydówką jak reszta jego rodziny i przez to został wydziedziczony przez zamożnego ojca. Zmuszony sam sobie radzić, zaczął inwestować na giełdzie londyńskiej z takim sukcesem, że od zera doszedł do wielkiego bogactwa i dwadzieścia lat później przeszedł na wczesną emeryturę, ponieważ nie musiał już zajmować się zarabianiem pieniędzy. Zajął się pisaniem i pracą teoretyczną, stając się przy okazji jednym z niewielu wybitnych ekonomistów, którzy się dorobili. Wydarzyło się to na przełomie XVII i XIX wieku. Tak, zdaje się, prosta historia dojścia do fortuny prowokuje pytania: Czy łatwo było zarobić tylko wówczas? Czy dzisiejszy rynek kapitałowy stał się tak konkurencyjny, że zarabiać mogą tylko profesjonaliści? Czy zyskują tylko geniusze, czy to może praktyka na tym rynku może uczynić geniusza niemal z każdego?

Informacja

Informacja była i jest zasadniczą częścią każdej inwestycji. Michael Douglas grający legendarnego miliardera z Wall Street w kultowym filmie lat 80. mówi: „Najcenniejszym towarem, jaki znam, jest informacja”. I ma rację. Od czasów założenia pierwszej giełdy w Antwerpii w 1531 roku nic w tej kwestii się nie zmieniło. Zmieniły się sposoby jej przekazywania, instrumenty, którymi się handluje, zasady, miejsca i ludzie, jednak informacja musi być podstawą naszych decyzji w handlu na rynku kapitałowym. Rothschild, gdy miała się rozegrać bitwa pod Waterloo, wysłał z Londynu swojego agenta, który miał obserwować jej przebieg. Kiedy stało się jasne, że wygrają Anglicy, agent wrócił z tą wiadomością do swojego mocodawcy. Ten wyprzedził innych inwestorów i zaczął wykupywać obligacje angielskiego rządu. Gdy wiadomość o przegranej Francuzów dotarła za kanał La Manche, w portfelu Rothschilda były już obligacje, które tylko czekały na gwałtowny wzrost swojej wartości, aby niedługo później zostać sprzedane z ogromnym zyskiem. Historia informacji na rynkach finansowych łączy się z jeszcze jednym sławnym nazwiskiem. Thomas Edison rozpoczął swoją karierę, konstruując i ulepszając urządzenia do przekazu informacji na Wall Street. Zapewne nie śniło się Edisonowi, że współczesny mu telegraf umrze śmiercią naturalną zastąpiony przez bezkonkurencyjny jak do tej pory internet. Dzięki temu tradycyjny broker przez telefon staje się przeżytkiem – zapanowały specjalne programy do handlu zwane platformami połączone przez internet z daną giełdą czy bankiem. Przy okazji okazało się, że inwestowanie nie jest takie trudne, jak się wydawało. Każdy może taką platformę otrzymać od brokera i sam naciskać przyciski „kup” i „sprzedaj” na swoim własnym komputerze. Na całym świecie zauważono, że specjaliści nie mają monopolu na inwestowanie i właściwie rynek kapitałowy jest bardzo podobny do każdego innego handlu, gdzie podstawowa zasada jest zawsze: „Kupuj tanio, sprzedawaj drogo”. Zwykły szary człowiek może mieć przy tym informacje z pierwszej ręki i od najlepszych dostawców, takich jak np. Reuters i działać skuteczniej niż specjalista, pod warunkiem, że posiada lepszą platformę niż on. Dzięki temu napływ kapitału od takich właśnie zwykłych ludzi widzących możliwość zysku jest ogromy i w ostatnich latach bardzo dynamicznie wzrasta. Dzięki temu płynność instrumentów finansowych się zwiększyła i łatwiej jest każdemu handlować. Taki rozwój informatyzacji ma jeszcze jedną poważną zaletę, mianowicie obniżenie kosztów operacyjnych brokerów, ponieważ już nie muszą mieć biur w każdym większym mieście. Naturalnie, odbija się to korzystnie na kosztach transakcji, jakie ponosi inwestor.

Analiza techniczna

Nie twierdzę, że sama informacja to klucz do sukcesu. Przeczy temu przykład Nicolasa Darvasa – autora światowego bestsellera „Jak zarobiłem 2 000 000 $ na giełdzie”. Darvas był z zawodu tancerzem i gdy zainteresował się rynkiem akcji, udowodnił, że również artyści mogą całkiem nieźle zarabiać. Działo się to w przedinternetowych latach pięćdziesiątych, kiedy informatyka dopiero raczkowała. Darvas zaczynał jako kompletny nowicjusz i po kilku latach odkrył metodę (nazwał ją pudełkową), która, w połączeniu z analizą fundamentalną o kondycji finansowej spółek, przyniosła mu fortunę. Metoda ta w skrócie opiera się na obserwacji, że cena ma tendencję do oscylowania pomiędzy pewnymi poziomami. Po pewnym czasie może przerwać górną lub dolną granicę i zacząć się wahać w innym przedziale. Dziś prawdę ta zna każdy inwestor, „pudelka” Darvasa to w naszym żargonie „zakres” (ang. range), a moment, w którym cena wychodzi z zakresu, to „przerwanie” (ang. breakout).



W latach pięćdziesiątych narzędzia analizy technicznej były jeszcze w powijakach, ale pomimo to niektóre z nich przetrwały próbę czasu. Do tej pory najczęściej i najchętniej używana przez menedżerów funduszy inwestycyjnych metodą jest tzw. średnia krocząca (ang. moving average). Polega ona na wykreśleniu dwóch lub więcej wykresów średnich cen (na wykresie poniżej są to akurat średnie ceny z okresu 26- i 12-dniowego). Zgodnie z nią moment, gdy średnie te się przecinają w dolnej połowie ilustracji stanowi sygnał do kupna (okręgi zielone) lub sprzedaży (okręgi czerwone).



Od lat powojennych analiza techniczna dotrzymuje kroku statystyce i ekonometrii – naukom, które rozwijają się w szaleńczym tempie z powodu możliwości komputerowego przetwarzania danych. Stworzenie takiego wykresu zajęłoby Darvasowi kilka godzin; dziś jest to możliwe w sekundę. Do dzisiaj powstało wiele nowych narzędzi analitycznych, niektóre zostały ulepszone. Przytoczę tu jeszcze jeden przykład sukcesu. Pracując w Londynie, jedna z moich klientek była pewną sympatyczną Amerykanką, która na rynku kapitałowym zarobiła znacznie więcej, niż pracując jako stewardessa. W chwili, gdy ją poznałem, mieszkała z siostra w willi w Portugalii, po przejściu na wczesną dobrowolną emeryturę. Jej ulubionym narzędziem była tzw. wstęga Bollingera (ang. Bollinger bands), nazwana tak od statystyka, który w latach 80. opracował tę metodę. Zauważył on, że po wykreśleniu średniej kroczącej i naszkicowaniu krzywych w odległości standardowej dewiacji poniżej (krzywa zielona) i powyżej tejże średniej (krzywa czerwona), cena ma tendencje do zmiany kierunku, gdy dotrze do którejś z tych krzywych. Po wielkości czerwonych i zielonych okręgów i elips (sygnałów odpowiednio kupna i sprzedaży) widać, że metoda ta nie jest tak precyzyjna jak średnia krocząca, jednak jak pokazuje przykład mojej klientki – nie mniej skuteczna.



Ważny wniosek, jaki się tu nasuwa i jest potwierdzony przez badania naukowe, to że sukces w inwestycjach nie zależy od wieku, płci czy kraju, a raczej predyspozycji psychicznych i właściwości osobowości. To Ty, drogi Czytelniku, musisz się dowiedzieć, czy jest to zajęcie dla Ciebie, wybrać instrumenty, którymi dobrze Ci się handluje i narzędzia, którymi najlepiej Ci się pracuje.

Dźwignia finansowa

Prawda ta jest dosyć naturalna i stosuje się w każdej dziedzinie życia – wiadomo że najlepiej wykonywać pracę, którą się lubi, do której jest się stworzonym i w sposób, w jaki się lubi. Pod tym względem nic się nie zmieniło przez prawie 500 lat istnienia giełdy. Zmieniają się natomiast instrumenty finansowe. W czasach powojennych pojawił się wyraźny trend wzrostu popularności dźwigni finansowej (ang. leverage, gearing). W wielkim skrócie polega na tym, że do handlu używa się większego kapitału niż tego, którym się faktycznie dysponuje. Na przykład kupując dolary za 1000 euro po kursie 1,3128 bez dźwigni finansowej, moglibyśmy otrzymać tylko 1312,8 USD. Z dźwignią 1:100 jest nam umożliwiony handel sto razy większą sumą, więc możemy nabyć 131 280 USD. Jak się to przekłada na nasze zyski? Jeśli, przykładowo cena EUR/USD wzrośnie z początkowego 1,3128 do 1,.3178, wówczas zarobimy tylko 5 EUR (1312,8-1317,8). Z naszą dźwignią finansowa zysk ten mnoży się przez 100, a więc wynosi 500 euro! Oczywiście, każdy kij ma dwa końce, więc jeśli cena pójdzie w niekorzystnym dla nas kierunku, możemy również stracić odpowiednio więcej. Warto zwrócić uwagę, że efekt dźwigni finansowej może być użyty tylko przy operacjach spekulacyjnych. Jeśli pójdziemy do kantoru, tam oczywiście dźwignia będzie 1:1, czyli nie będzie jej w ogóle. Tam również nikt nam nie poda kursu z dokładnością do czterech miejsc po przecinku, ponieważ nie jest to istotne dla kantoru, który dysponuje niewielka suma pieniędzy. Inaczej przedstawia się sprawa na międzynarodowym rynku walutowym o ogromnej płynności, gdzie zawiera się transakcje milionowe lub miliardowe – tam liczy się każdy punkt. Implikuje to fakt, że w handlu spekulacyjnym ważna jest każda minuta, a wobec tego śledzenie bieżących cen na platformach internetowych jest nieodzowne. Warto zapytać, po co istnieje dźwignia finansowa, jeśli razem z możliwością zarobku zwiększa możliwość strat. Odpowiedź jest prosta – dźwignię stworzyła ludzka ambicja, a może raczej zachłanność. Każdy przecież, gdy jest pewien zysku (a w chwili zawierania transakcji prawie każdy ma przekonanie o trafności swojej decyzji) widzi potencjalne zyski, a przymyka oczy na ryzyko. Inna cecha – oszczędność – skłoniła natomiast ludzi bardzo niedawno do wymyślenia nowego instrumentu – kontraktu na różnice CFD (ang. contract for difference). Ponieważ w Wielkiej Brytanii handel akcjami jest obłożony specjalnym podatkiem, tzw. stamp duty, inwestorzy, aby go nie płacić, zaczęli handlować kontraktami na różnice cen akcji. Kupując CFD na przykład na akcje firmy Marks&Spencer, nie stajemy się właścicielami akcji. Jesteśmy, można powiedzieć, tylko graczem, który postawił na wzrost ceny i założył się z innym graczem, który oczekuje spadku cen. To przypomina o następnej zalecie CFD, przy których zawierając pierwsza transakcje można nie tylko kupić, ale i sprzedać (ang. shorting). Nie byłoby to możliwe w przypadku akcji, gdyż akcja jest fizycznym prawem udziału w spółce i wobec tego, aby ją sprzedać, należy ją najpierw kupić. To ogromna przewaga w czasie recesji, gdy ceny akcji spadają. Można najpierw sprzedać CFD po wyższej cenie, aby ją później kupić po niższej i zainkasować zysk z różnicy kursowej. CFD są również produktem z wbudowaną dźwignią finansową o różnej skali, w zależności od danej spółki lub pośrednika zwykle od 1:5 do 1:20. Z pewnością możliwość handlu CFD zachwyciłaby Darvasa, który w swojej książce wspomina, jak bardzo ucieszył się z możliwości handlowania z większą dźwignią finansową, gdy giełda nowojorska podwyższyła ją z 1:1,4 do 1:2 (sic!). CFD jest bardzo młodym, lecz bardzo szybko zdobywającym popularność produktem. Nadal jednak ten rynek ustępuje pod względem wielkości obrotów innym instrumentom wykorzystującym dźwignię – kontraktom terminowym (ang. futures). W historii również kontrakty były odległymi przodkami CFD – są równie stare jak giełdy. Handlować można prawie każdym towarem: pszenicą, miedzią, gazem, ropą, tucznikami itd. O tym że na towarach można dobrze zarobić, świadczy efekt tulipomanii w Holandii, w 1636–37, gdy w kilka miesięcy ceny tych kwiatów na specjalnie założonych dla nich giełdach mogły zapewnić około stukrotny zysk. Obecnie z platform może korzystać każdy, nic więc nie stoi na przeszkodzie, aby na przykład rolnik handlował zbożem przez internet. Ostatecznie, kto zna najlepiej realia rynku zboża, jeśli właśnie nie on? Nie jest to wcale utopia; moi koledzy z biura w Kopenhadze osobiście znają duńskich rolników, którzy porzucili swoje tradycyjne zajęcie na rzecz wirtualnej spekulacji, ponieważ była dla nich bardziej rentowna. Świat zmienia się szybko i jeśli się za nim nadążą można dużo zyskać. Czas to pieniądz.

Aleksander Kaja – Saxobank Londyn

Autor: Aleksander Kaja - Saxobank Londyn

Copyright by Kurier Finansowy




Kup >> E-podpis
Leasing >> Gold Finance
Zamów on-line >> Kredyty
Oblicz >> Zdolność
Zainwestuj >> Fundusze
Ubezpiecz >> OC i AC
Czytaj >> E-prasa
Sprawdź >> BIK
Chroń karty >> Blokada.pl

[2008-11-19 12:14:00]
Część pieniędzy na zakup środków transportu musisz wyłożyć z własnej kasy
Nie trzeba szukać oferty kredytowej przygotowanej specjalnie z myślą o sfinansowaniu auta. Równie dobrze można skorzystać ze zwykłej pożyczki dla... [Więcej...]

[2008-11-18 10:21:00]
Franki w NBP, bankom ich nie trzeba
Akcja NBP dostarczenia w trybie awaryjnym franków ze Szwajcarii do polskich banków jest już spóźniona. Jak wynika z sondy portalu forsal.pl, więk... [Więcej...]

[2008-11-10 12:50:00]
Oddalają się marzenia o własnym mieszkaniu
Kryzys na światowych rynkach finansowych nie dotknął bezpośrednio Polski, jednakże jego konsekwencje są w naszym kraju widoczne i dla niektórych ... [Więcej...]